Uratowani - Broń żołnierza polskiego

 Statystyki
wg Stefana Jerzego Siudalskiego
Przejdź do treści

Menu główne:

Uratowani

Uratowane z przeszłości

Wojna - czyli wiele lat wcześniej
Rudy Austriak

Nie było by mnie na tym świecie. Wielokrotnie w życiu moich rodziców były takie sytuacje, że chyba tylko cudem przeżyli. W czasie okupacji karano śmiercią lub po prostu zabijano z tak błahych powodów które dziś młodzieży nie mieszczą się w głowie, że tak mogło być. Karano śmiercią za przechowywanie Żydów - już od 1942, jeńców radzieckich co zbiegli z obozów - to już po 1941 roku, za posiadanie radia, broni, maszynek do kolczykowania świń też a za niedostarczenie pełnego kontyngentu żywca na przykład gdy zabrakło 10 kilogramów można było "wylądować" w obozie pracy na kilka miesięcy.
Zdarzały się przypadki zabicia chłopa na drodze który nie zdjął czapki przed przejeżdżającymi Niemcami. Mojego wujka Mariana Pietrzaka i jego kolegę Wacława Wrześniaka 11 listopada  1940 roku Niemiec po prostu wyprowadził z kawiarni w Garwolinie i zastrzelił.
Za co?
Bo krzywo na Niemca patrzyli - leżą razem pochowani w jednej mogile na cmentarzu w Garwolinie. Łatwo było zginąć - trudno było przeżyć.


Radia Niemcy kazali zdać - po co ludzie mieli mieć nadzieję, że nie cały kontynent Hitlerowcy już podbili. Radio Londyn dodawało otuchy także wtedy gdy sami Anglicy byli w tarapatach. Przecież prawie 80% benzyny w samolotach Luftwaffe które atakowały w czterdziestym Anglię to była benzyna Sowiecka - tak się wspierali dwaj bandyci Hitler i Stalin. Ciężkie czasy- bardzo ciężkie. Nawet sobie nie zdajemy często sprawy że po tylu latach ciągle tamte wydarzenia jeszcze mają wpływ na nas i nasze życie.
Ojciec radia nie zdał - nie zdał i już. Z nasłuchu nawet biuletyn próbowali wydawać aby więcej ludzi wiedziało co się dzieje. Ktoś jednak doniósł Niemcom i przyjechało Gestapo z Garwolina. Nawet wiedzieli gdzie trzeba szukać - od razu poszli do stodoły - dobrego mieli informatora. Radio było nad oborą. Można tam było wejść tylko po drabinie. Wśród Gestapowców był rudy Austriak - on wykazywał się szczególnie - wszędzie wchodził pierwszy, zaglądał do każdego kąta, miał dużą wprawę jak dobrze wyszkolony pies.
Podstawił drabinę na oborę, wszedł a za nim chciał wejść oficer wyższy od niego stopniem. Austriak powiedział do tego oficera aby nie wchodził bo tam strasznie brudno, tyle pajęczyn, kurzu - tylko swój mundur ubrudzi a mundury mieli ładne - to im trzeba przyznać.
Moja matka wiedziała gdzie jest radio, stała przed oborą z dziećmi i myślała aby tylko śmierć była lekka. Austriak zszedł z obory i mówi, że tam nic nie ma.
Cud czy co - radio ktoś zdążył przed rewizją wynieść?
Niemcy odjechali.
Matka weszła na oborę a tam radio na samym wierzchu - Austriak po prostu uratował moim rodzicom i dziadkom życie.
I to był Gestapowiec!
============================
17 października 1943 roku w wiele miesięcy po tej rewizji, ojca jednak Gestapo aresztowało i już nie radio było powodem. Aresztowali w tym dniu jeszcze 25 osób. Uznano ich za zakładników - tak obwieścił w Garwolinie radca szkolny Maks Muller. Pięciu z aresztowanych rodziny zdołały wykupić między innymi Zbigniewa Michalika i Andrzeja Kapicę. U nas w domu poszło na ten cel całe złoto jakie w rodzinie można było zgromadzić i ojciec wrócił do domu. Rodzina Zbyszka Michalika nie zebrała całej wymaganej przez gestapo kwoty, cześć tylko wpłacili więc gestapowiec zażyczył sobie aby ojciec poszedł do aresztu za syna co miało gwarantować otrzymanie reszty okupu. W dzień czy dwa później przyjechało gestapo z Warszawy - gestapowca łapówkarza zdjęto ze stanowiska i chyba wysłano na front wschodni. Zwolnionych próbowano aresztować ponownie ale przez kogoś ostrzeżeni zdołali się w porę ukryć.
Tych 21 gestapo zabrało do Warszawy. Dziesięciu z nich rozstrzelano w dniu 12 listopada w tym ojca Zbyszka Michalika, Stanisława. W Garwolinie w dwa dni później wywieszono informujące o tym obwieszczenie.
Dla mojego ojca przyszedł czas ukrywania się. Prawie rok jeszcze Niemcy decydowali na tym terenie kto ma prawo do życia a kto nie.
Jak wyglądało życie w czasie okupacji? 

Może jako przykład podam co się działo w okolicach Garwolina tylko w tym jednym miesiącu w październiku 43 roku.

  • pierwszego - aresztowanie pięciu osób na poczekalni na Stacji Garwolin,
  • siódmego - na Wilkowyji Niemcy zastrzelili 11 osób,
  • tego samego dnia w Garwolinie zatrzymano czterdzieści osób z których 28 wysłano na roboty do Niemiec,
  • jedenastego - aresztowanie w Augustówce pięciu osób,
  • dwunastego - na Lisich Jamach rozstrzelano pięć osób w tym dwie kobiety,
  • czternastego - w Augustówce zastrzelono dwóch mężczyzn,
  • siedemnastego -aresztowano 25 osób w tym mojego ojca,
  • 18-19 aresztowania w Augustówce,
  • dwudziesty drugi - Niemcy otoczyli Parysów zatrzymano dziesięciu mężczyzn i jedną kobietę,
  • dwudziesty siódmy - ponownie na stacji Garwolin aresztowania - tym razem 12 osób,
  • dwudziesty ósmy - też stacja - aresztowanych wywieziono do Warszawy,
  • tego samego dnia - żandarmi zatrzymali we wsi Choiny mężczyzn jadących wozem - znaleziono na wozie 13 kg mięsa i 100 kg żyta - wszystkich zastrzelili.

Jak można było się ukrywać?
Bez pomocy rodziny było to prawie nie możliwe. Zimy były bardzo ciężkie i próby spania w stodole czy w stogach mogły się skończyć zamarznięciem. Nawet oddech zdradzał miejsce ukrycia nie mówiąc o kaszlu a o przeziębienie było bardzo łatwo w takich warunkach. Dlatego po kilku nocach przespanych w chłodne dni przez ojca w stodole zdecydowano aby w domu zrobić skrytkę.
Piec w domu miał taki chyba czterdziesto-  centymetrowy występ o długości około półtora metra. Przystawiono do tego występu szafę, nad szafą wykonano niby ściankę i nawet ci którzy bywali w tym domu wcześniej nie mogli się zorientować, że tam jest skrytka.
Ciasno tam było, można było leżeć tylko na boku a i na wyprostowanie nóg nie było tam miejsca ale było ciepło, jedzenie było na zawołanie a jak było spokojnie to przecież można było "pomieszkać" jak za dawnych normalnych czasów. Ojciec do skrytki wchodził po odsunięciu tylnej ścianki szafy - czyli po prostu przez szafę.
Już wiosna była jak przyjechało gestapo - ktoś jednak znów doniósł - rewizja, obmierzanie domu ale po zewnętrznej - tak się wycwanili przy poszukiwaniu ukrywanych żydów. Ojciec był w schowku. Słyszał i rozumiał co mówią - znał niemiecki. Co czuł, co myślał? Nie wiem.
Ten dom jest dziś w ruinie ale piec jeszcze jest i widać za piecem występ - tam szafa zasłaniała schowek tak wąski, że mozna było spać tylko na jednym boku.

Skrytki nie znaleźli a i sołtys /Nowicki/ w tym czasie przyjechał z wódką i kiełbasą i zaprosił Niemców na sznapsa - w ten sposób udało się ich odciągnąć.
Był to jednak sygnał ostrzegawczy, że trzeba znaleźć inny miejsce na ukrywanie się i tak ojciec znalazł się w Warszawie.
To w Warszawie było łatwiej się ukrywać? 
Jeśli ktoś miał aryjski wygląd, trochę pieniędzy i rozumu oraz dużo szczęścia - to tak. Nie było wtedy komputerów, tak sprawnego przepływu informacji jak teraz i jeśli ktoś nie doniósł to dawało się przeżyć.
"W okupację Warszawa była wesoła!" - powiedział do mnie starszy człowiek z którym leżałem w latach dziewięćdziesiątych w szpitalu w Warszawie na Czerniakowie.
"Jak to? Przy tak licznych egzekucjach, łapankach, ciągłym zagrożeniu?" nie wytrzymałem.
"A no, na przekór okupantowi, na przekór czyhającej śmierci bawiliśmy się, byliśmy młodzi i chcieliśmy żyć"
Ot inne oblicze czasów okupacji.

SJS

Grzybobranie
Nie mogę usiedzieć w domu gdy grzyby w lesie akurat przypomniały sobie że czas na wysyp. Nawet jak mam wolne trzy, cztery godziny to też potrafię wybrać się 50-70 kilometrów do lasu na grzyby.
 Wysyp grzybów może trwać kilka dni, czasami kilkanaście, wyjątkowo trwa miesiąc a nawet dłużej czasami z nawrotami tak obfitymi, że nie tylko koszyki wypełnialiśmy ale i bagażnik samochodu. W tym samym lesie i w tym samym czasie w którym dobry grzybiarz może znaleźć cztery kubełki grzybów to zbieracz bez doświadczenia ledwie zapełni grzybami łubiankę.
Dlaczego tak się dzieje? Może to jest sprawa lepszego wzroku?
Też lecz nie tylko, ponieważ znane mi są przypadki ludzi na wpół ślepych którzy znając tajniki grzybobrania byli niedoścignieni w zbieraniu grzybów.
Więc w czym tkwi tajemnica sukcesu?
To nie jest jedna tajemnica a wiele jednocześnie wykorzystywanych a przez lata gromadzonych informacji. Najważniejsze z nich to: - znajomość właściwości podszycia leśnego i drzew z którymi w mikoryzie współżyją grzyby, sposób chodzenia po lesie, wybór pory dnia (chociaż nie zawsze ma to znaczenie) i układ pogody przed grzybobraniem i w trakcie zbierania (opady, wilgotność, temperatura). Nie wspominam tu o znajomości grzybów, bo to jest sprawa oczywista.



23.   Fotografia  obok -  koźlaki
   Każdy z gatunków grzybów ma swoje ulubione miejsca występowania, chociaż pomimo różnych wymagań można je w czasie grzybobrania spotkać tuż obok siebie ponieważ mogą zdarzyć się takie miejsca w których będą spełnione warunki występowania różnych gatunków grzybów (kurki najczęściej mają główny wysyp przed innymi grzybami). Wiadomo że prawdziwków należy szukać tam gdzie są dęby a czerwone koźlaki występują w sąsiedztwie brzózek. Może się więc być tak, że w bezpośrednim sąsiedztwie będą rosły i dęby i brzozy a więc można się tam spodziewać obu gatunków grzybów.

24. Fot. Po prostu prawdziwek
Te wiadomości trzeba uzupełnić o dodatkowe bardzo przydatne uwagi, mianowicie - układ pogody (przed wysypem grzybów) może na tyle zmieniać miejsca występowania grzybów (nawet w obrębie jednego gatunku), że jeśli nie będziemy umieli przy każdym wejściu w las znaleźć aktualnego "klucza" do ustalania miejsc wysypu grzybów to zbiór może być nawet o połowę niższy niż wytrawnego zbieracza.
Na czym te zmiany występowania grzybów polegają? jak ustalić klucz do wyszukiwania grzybów?
To że grzyby najczęściej mają wysyp poszczególnymi gatunkami wie nawet początkujący grzybiarz lecz zmiany w podstawowym sposobie występowania grzybów w obrębie jednego gatunku są bez specjalnego zwrócenia uwagi trudne do wychwycenia.
 
Przedstawię to na przykładzie podgrzybków. W zależności od układu pogody główny ich wysyp może występować w jednym z następujących miejsc: mech, wgłębienia gruntu, trawy, północna lub południowa strona drzew, krzewy i krzaki (także leżące pnie i gałęzie), paprocie, odkryte przestrzenie. Oczywiście do rzadkości należą sytuacje gdy występują one tylko w jednym z wymienionych rodzajów miejsc. Najczęściej można je znaleźć we wszystkich tych miejscach lecz ustalenie gdzie (w jakim podkładzie) występuje ich najwięcej umożliwia prawie dwukrotne zwiększenie zbioru dzięki ograniczenie poszukiwań do miejsc ich głównego wysypu.
Po czym poznać, że tym razem wysyp jest w takich a nie innych miejscach?
Po prostu już od samego wejścia w las szukamy grzyby na początku we wszystkich tych wymienionych miejscach że stopniowym przenoszeniem głównych poszukiwań na taki rodzaj podszycia i ukształtowania terenu gdzie grzybów występuje najwięcej i to jest właśnie ten “klucz” który za każdym grzybobraniem trzeba ustalać na nowo.

Mogą oczywiście zdarzyć się takie warunki pogodowe że wysyp rozłoży się dość równomiernie np. we wgłębieniach gruntu, w mchu, i krzakach ale wtedy możemy znacznie mniej uwagi poświęcić na przeszukiwanie paproci i traw, a to już daje wyraźny wzrost ilości zebranych grzybów bo czas przeznaczony na zbieranie wykorzystujemy optymalnie.
 Przeszukiwanie lasu równomiernie też daje efekty lecz różnica w ilości zebranych grzybów wtedy gdy umiemy wybrać te najlepsze miejsca na poszukiwania jest wyraźnie widoczna.
Co można radzić początkującemu grzybiarzowi dla którego każdy kawałek lasu jest taki sam jak i pozostałe? 

Co może zrobić zbieracz który nie umie jeszcze dostrzec subtelnych różnic występujących nawet na przestrzeni kilku metrów w lesie?
Jest taki sposób który umożliwia dość skutecznie wybierać z całej powierzchni lasu te najbardziej wydajne miejsca. Zasada jest podobna jak w grze w okręty. Po znalezieniu pierwszego grzyba stawiamy koszyk (dla zaznaczenia miejsca - dobrze jeśli rączka koszyka ma jaskrawą barwę) i krążąc wokół koszyka i zbierając grzyby zapamiętujemy w którym rejonie wokół koszyka było ich najwięcej. Po dokładnym spenetrowaniu miejsca obok koszyka przestawiamy go właśnie w tym kierunku gdzie znaleźliśmy najwięcej grzybów. Koszyk przestawiamy tak długo (zawsze w kierunku największego zbioru) aż zabraknie grzybów i dopiero wtedy przechodzimy dalej w las szukając jednocześnie i grzybów i takiego samego miejsca (o takim samym podłożu) jak przy tym udanym zbiorze!
Dwa lata temu był taki wysyp że w lesie, tym rębkowskim lesie co za Podsadowcem się zaczyna to nawet po południu ludzi było tyle, że przez cały czas grzybobrania widziałem innych grzybiarzy i każdy z nich miał co zbierać. Radości z takich zbiorów co niemiara a i w zimę posiłki jest czym urozmaicić.
Czterysta, pięćset lat temu była taka powinność wsi dla dworu która w zależności od rejonu Polski nazywana była „tłoki” lub „gwałty”. Otóż szlachcic czy dzierżawca królewskiego folwarku mógł trzy razy w roku wezwać całą ludność wsi do świadczenia darmowej jednodniowej pracy. „Tłoki” były wykorzystywane na przykład przy zbiorze siana lub podczas żniw gdy ze względu na spiętrzenie prac i możliwość gwałtownego załamania się pogody potrzeba było wykorzystać wszystkie możliwe zdolne do pracy ręce nawet dzieci i staruszków.
A co ma ta powinność wspólnego z grzybobraniem? 

Otóż wzywano wieś na „tłoki” także wtedy gdy był wysyp grzybów – dla zbierania grzybów! Dzięki zachowanym dokumentom w których są zapisane powinności wsi wiemy jak ważne w jadłospisie naszych przodków były grzyby. 
Dziś już nikt ludzi z wiosek nie wzywa na „tłoki” aby zbierać grzyby - to już nie powinność, to przyjemność dlatego właśnie w lesie zdarza się, że spotykam znajomych których nie widziałem wiele miesięcy a czasami nawet wiele lat. Pewnie dlatego, że to grzyby decydują o tych leśnych spotkaniach.
 Kilka lat temu w lesie między Łucznicą a Krystyną spotkałem starszego jak to mówią jeszcze przedwojennego Pana. Ponieważ interesuję się historią a zwłaszcza historią ostatniej wojny zapytałem go czy zna jakieś ciekawe wydarzenia z tamtego okresu.
 Zasępił się, chwilę milczał i opowiedział historię która mimo, że miała miejsce prawie pół wieku temu jemu nie dawała spokoju. W ostatnim roku wojny w tym lesie partyzanci wzięli do niewoli kilku żołnierzy Wermachtu. Wypuścić ich nie można było bo widzieli i twarze i uzbrojenie i miejsce postoju partyzantów. Trzymać ich nie było jak bo jak w lesie jeńców upilnować i zachować możliwość szybkiego odskoku w razie zagrożenia czy konieczność zaatakowania nieprzyjaciela.
Wojna ma swoje okrutne prawa
postanowiono jeńców rozstrzelać bezpieczeństwo oddziału jednak najważniejsze. Jeden z jeńców mówił dobrze po polsku i błagał aby go nie zabijać ale ten starszy Pan opowiadał, że zabito wszystkich i tego Ślązaka wcielonego do armii niemieckiej też.
Nie zabito go
powiedziałem mój wujek zaryzykował. Ten młody żołnierz pokazał list pisany przez jego ojca z Auschwitz, z obozu. Ojciec tego żołnierza był więźniem Auschwitz. Franek czyli mój wujek wziął chłopaka do siebie do domu. Edek - bo tak miał na imię ten żołnierz pochodził z Rybnika obiecał, że nie ucieknie i nie zdradzi wujka. Ukrywali go w domu przez kilka miesięcy. Kiedy jeszcze byli Niemcy i kiedy weszli Sowieci   i od jednych i od drugich by była „czapa” i dla Edka i dla wujka i rodziny. Chłopak przeżył i jak się uspokoiło pojechał w rodzinne strony.
Minęło kilka lat i wujek był przejazdem w Rybniku. Pamiętał adres tego chłopaka. Postanowił zobaczyć kogóż on tak naprawdę ukrywał. Koniec maja to był, ciepły koniec maja. Znalazł wujek uliczkę, idzie, szuka numeru i słyszy jak ktoś pięknie gra na pianinie. Podchodzi bliżej a tu przez otwarte okno widzi Edka, tego uratowanego
to on grał na pianinie.
„No wszystko o sobie opowiadałeś a o tym że tak pięknie grasz nic nie mówiłeś” - powiedział z wyrzutem wujek. Widać czas wojny zmienia to czym należy się chwalić a czym nie.
Okazało się, że wtedy w 1944 roku, rodzina Edka już go opłakała bo dostali urzędowe zawiadomienie o śmierci syna. Jaka był radość gdy wrócił cały i zdrów nie muszę mówić.
Ucieszył się także ten starszy Pan w lesie gdy usłyszał ode mnie jak zakończyła się sprawa tego żołnierza Wermachtu która go tak dręczyła, tego żołnierza co po polsku prosił o życie.

==

Ekshumację tych zabitych Niemców przeprowadziła Fundacja Pamięć latem 2014 roku. W mogile było 6 szkieletów. Wg Gnata Wiesteski schwytano wtedy w lipcu 1944 roku 8 żołnierzy. Jednego uratował mój wujek, Mierzejewski /Edek z Rybnika/ a co się stało z jeszcze jednym?

Nie wiem.




SJS

Chłopiec

Na jednym z rodzinnych zdjęć, które zostało zrobione w sierpniu 1939 na tle zapory na Wildze w Rębkowie wśród innych siedzi na kolanach swojego ojca mały dwuletni chłopiec. Sielski widok, jest czas na wypoczynek. Panie mają na sobie dość kuse jak na tamte czasy kostiumy kąpielowe, przy nich uśmiechnięte podlotki, panowie
spokojny normalny kraj przedwojenna Polska. Za dwa, trzy tygodnie miała wybuchnąć najkrwawsza w dziejach ludzkości wojna przez większość później określana jako Druga Wojna Światowa. Za miesiąc sołdaty wyciągnęły razem z innymi nauczycielami ze szkoły na naszych wschodnich rubieżach tamtej Polski matkę tego chłopca z fotografii. Wyciągnęli i ustawili pod ścianę aby rozstrzelać. Za co? Wrogiem tych sołdatów, wrogiem klasowym była inteligencja a wtedy we wrześniu trzydziestego dziewiątego powiedziano im, że ich wrogiem jest inteligencja polska no to trzeba ich rozstrzelać. Tyle, że miało to być zgodnie z wolą ludu pracującego miast i wsi i tu spotkała bojców niespodzianka. Ten lud który właśnie wyzwalali z pod ciemiężycieli stanął w obronie tych stojących pod ścianą. To jak tu rozstrzeliwać w imię ludu jak lud wrzeszczy, krzyczy i prosi żeby nie zabijać? Głupio by wyszło, więc darowali nauczycielom życie.
Matka tego chłopca która stała pod ścianą myślała tylko: ”Kto mi wychowa syna?” . Wyrok odwołano lecz do końca swoich dni kobieta zapamiętała
jest taka Władza co każe zabijać tych lepiej wykształconych. Trzeba być jak najdalej od takiej władzy przecież dziecko trzeba i wychować i wykształcić. Nic więc dziwnego, że kobieta wraz z mężem i synem gdy było już wiadomo, że Polska będzie niestety pod rządami Sowietów zamieszkała po wojnie w Londynie.
Chłopiec ze zdjęcia dorastał w nowym środowisku, zdobył wykształcenie, okazał się zdolnym i pracowitym . Poświęcił się badaniom co do możliwości wykorzystywania ultradźwięków.
W latach sześćdziesiątych na niebie królowały samolotu turboodrzutowe i odrzutowe. Wysokoobrotowe turbiny były podstawowym elementem silników w samolotach. Turbiny mają dużo łopatek. Awaria nawet jednej z nich groziła uszkodzeniem czy wręcz rozerwaniem silnika. Pomimo zastosowania najnowszych technologii do odlewania łopatek nie można było wyeliminować w procesie produkcji wadliwych łopatek. Sprawą „życia lub śmierci” i to dosłownie stało się znalezienie metody która by umożliwiała bezinwazyjne sprawdzanie łopatek zanim zostaną zamontowane w silnikach samolotów.
Największe możliwości dokładnego sprawdzania łopatek jak się okazało dawała ultrasonografia. Ta metoda umożliwiała wykrywanie zarówno obcych ciał w odlewach jak i pustki po pęcherzykach gazów które zresztą były równie niebezpieczne jak obce wtrącenia.
Metodę tę dopracował i ciągle doskonalił syn tej kobiety co to Sowieci pod ścianę szkoły ustawili. Któregoś dnia zgłosili się do niego lekarze. Przywieziono do ich szpitala rannego który był naszpikowany odłamkami ze szkła i ceramiki. Gdyby odłamków było mało to lekarze mogli by łatwo ustalić ich rozmieszczenie podczas zwykłego prześwietlenia rentgenowskiego lecz ponieważ rentgen daje płaski obraz to dla określenia w tym przypadku miejsc gdzie znajdują się trzeba by było wykonać wiele zdjęć i też nie byłoby możliwe precyzyjne określenie ani liczby odłamków ani głębokości na jakich należy ich szukać. Potrzebna była metoda przestrzennego sprawdzenie ciała.
Nigdy wcześniej nie wykorzystywano ultradźwięków do takiego diagnozowania ciała ludzkiego. Trzeba było dobrać poziom generowanego sygnału. Ciało ludzkie ma przecież inne właściwości niż metal. Konieczne też było przekalibrowanie odczytów tak aby było możliwe określenie odległości odłamków od sondy przyłożonej do ciała. Po kilku próbach udało się.
Metoda była tak skuteczna, że dziś jest stosowana na całym świecie.
Czy ktoś dzis nie zna ultrasonografii?
W tamtych czasach, czasach zimnej wojny, która mogła zmienić się w bardzo gorącą pewne mocarstwo wysyłało swoje łodzie podwodne a także roboty do wybrzeży państw których jeszcze sobie nie podporządkowało. Znane były metody mniej lub bardziej skutecznego wykrywanie płynących łodzi podwodnych lecz gdy zalegały na dnie wykrycie ich było prawie niemożliwe.
Pech, czy przeznaczenie, a może jedno i drugie dla tego mocarstwa co chciało wszystkich wyzwalać bo skuteczną metodę wyszukiwania tych „uśpionych” łodzi podwodnych wymyślił i zaprojektował aparaturę chłopiec, syn tej kobiety co bojcy pod ścianę do rozstrzelania postawili we wrześniu trzydziestego dziewiątego w rozdzieranej przez barbarzyńców Polsce.  SJS
Rębków - sierpień 1939 roku Na rękach u ojca- szósty od lewej - Czarek czyli Ryszard Surawa /y/


"Wyzwoliciele"
Tuż przed wybuchem Powstania w Warszawie ojciec wrócił w rodzinne strony - już było lato i lepiej w sytuacji zbliżającego się frontu było być blisko domu. W lipcu - 1944 roku czyli jeszcze przed wybuchem Powstania to wyzwolenie do Rębkowa "przychodziło" kilka razy. Najpierw wieś wyzwoliło AK, wypędzili Niemców, kilkunastu z nich zabili lub wzięli do niewoli - straty własne to jeden zabity Stefan Zyśk i jeden ranny Marian Szaniawski. Później wieś została wyzwolona przez Armię Czerwoną a później czerwonoarmiejcy to kazali się wszystkim ze wsi wynieść bo Żukow ze sztabem miał tam stać i stał. Żukow to w domu u Mianowskich zakwaterował się.
Wieś przy tych kolejnych wyzwalaniach nawet nie ucierpiała - zginął chyba tylko dziadek Heńka Witaka /Jasiek mu było/ który za papierosem podszedł do samochodu czerwonoarmiejców. Niemcy go chyba zastrzelili - ot jak niezdrowy bywa nałóg palenia.


26. Fot. Dom gdzie kwaterował Żukow
Ojciec mógł nareszcie "oficjalnie" być w domu - nie trwało to długo.
Nowa władza, nowe porządki, nowe aresztowania, nowe rewizje - tym razem sprawniejsze od tych Niemieckich - rewizje nie porządki. Niemcy a tak dokładnie to Gestapo miało za sobą tylko dziesięć lat doświadczenia a NKWD to byli starzy fachowcy - dwadzieścia kilka lat rewizji, rewizji, aresztowań, mordowania ludzi. Mieli psi węch.
Aresztowali chyba wszystkich którzy się czymś wyróżniali. W Garwolinie na ulicy Senatorskiej na domu gdzie dziś jest sklep z karma dla zwierzaków jest tam tablica pamiątkowa - trzymali a na przesłuchania to na Przyczółek Magnuszewski wywozili. Część tych przesłuchiwanych to już na tym przyczółku została - nawet nie wiadomo gdzie. Kilkuset wywieziono w głąb Rosji. Wyzwolenie było więc ciężkie i nawet trudne do przeżycia dla wielu - długo trwało, chyba dopiero 1991 roku od nas wyzwoliciele wyszli tak na dobre. 


27. Fot. Tablica w Garwolinie na Senatorskiej

Groźnie to jednym słowem wtedy wyglądało i rodzina zaczęła szukać możliwości uwolnienia ojca. Pomogła żydówka Goldbergowa która znała ojca jeszcze z przed wojny. Przeżyła ona okupację razem z mężem i synem chyba na Feliksinie ale nie tym koło Rudy Talubskiej tylko tym gdzieś koło Żelechowa - nawet nie wiem u kogo. Przeżyła przechowywana przez Polaków i ojca uratowała - poszła do NKWD a tam sami swoi akurat byli. Dogadała się, chyba nawet pierścionek z brylantem zostawiła tam i ojca wypuścili. Znów na wszelki wypadek trzeba było trzymać się od domu z daleka - bo a nuż sobie przypomną, że obowiązek międzynarodowej walki z burżuazją zaniedbali.
A jaką to burżuazją był mój ojciec? Dla nich każdy kto nie był obdarty i zaniedbany to był burżuj i już.  SJS


Liczniki na stonę -
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego